| Babadag? Ach gdzież to jest? |
|
|
| 06.04.2008. | |||||||||||||||||||||||||||
|
Strona 1 z 6 Redakcja Babadag? Ach gdzież to jest? - Wojciech KurdzielStasiuk jest autorem „snującego się zapisu o klimatach europy środkowej” - jak zrecenzował jeden mój znajomy książkę pt.”Podróż do Babadag”. Stasiuk, chyba tak jak i ja, kocha Mitteleurope. Bo ja mogę powiedzieć, że ją kocham. Inny mój kolega – Leszek Malinowski też zdradził mi onegdaj: „kocham ten kraj” (myśląc o Polsce). A zaraz wyjaśnił dlaczego i jaki to kraj: „...powiedz gdzie jest taki drugi, w którym facet z teczką, rano wśród kolejki po bułki, powie poproszę 4 wina, a po chwili namysłu – nie 6 – idę przecież do pracy...” Z Leszkiem M. zgadzam się, ale tylko w części – że też kocham. Bo czy nie ma takiego drugiego kraju? Taki kraj jest wszędzie tam, gdzie jest to miejsce, które Niemcy nazywają Mitteleurope właśnie, a co oznacza oprócz terminu geograficznego także stan - taką „trochę Europę”. Z grubsza to jest chyba obszar byłych Austrowęgier. Jeśli tak, to czuje się świetnie jako Austrowęgierczyk. Tak samo świetnie i we Lwowie i w Bratysławie, tak samo dobrze na Śląsku jak i w Dobrudży. Bo chociaż ani dzisiejszy Śląsk, ani Dobrudża do tych Austrowęgier nie należały, to jednak one są Austrowęgierskie - tak samo jak Krym i Odessa, Białostockie czy Macedonia. Taka jazda na drugim biegu – no, góra trzecim. Można wrzucić i czwarty, a jak sytuacja zmobilizuje to i „piątkę” się wrzuci, tylko po co? Że komuś tam we Warszawie, albo innym Wiedniu zależy i że mu żyły wyszły na szyi? No i co z tego - „se chciał, to se ma... kłopot”... Z tych to wspaniałych powodów, w ostatnich dniach sierpnia wsiedliśmy we czwórkę do volvo przyjaciela i ruszyliśmy. My: mój przyjaciel Wojtek z żoną Iwoną i ja z córką Hanią... ... do Rumunii. Przez przełęcz Dukielską, przez skrawek Słowacji, którego nawet nie poczuliśmy jadąc „ciurkiem” - do Tokaju. Już na Słowacko-Wegierskiej granicy (jeszcze nie „weszło” Shengen!) zderzyliśmy się z tym czymś niezwyczajnym gdzie indziej. Na granicy, po węgierskiej stronie, cygańscy żebracy. „Sla ziewecka dobrasiecka, dzaiewcynko moja” śpiewał nam cygan gdy zobaczył polskie numery rejestracyjne. Starał się być tak niezwykle przekonujący na początku jak bardzo na końcu był rozczarowany, że nie daliśmy mu nawet 5 Euro... Tokaj powiedział nam dobry wieczór, a właściwie dobranoc, bo byliśmy tam grubo po 22. Nocleg znaleźliśmy bez trudu i nawet mimo późnej pory zaopatrzyli nas w wino. Chłodne, dwuletnie, białe, wytrawne przyjemnie było wypić w upalny wieczór. Na koniec pierwszego dnia - rada dla wszystkich wybierających się w te strony – jeśli możecie omijajcie polskie drogi – są najgorsze i najbardziej zatłoczone. Tam straciliśmy najwięcej czasu. Najlepiej od razu „walcie” na Czechy i Słowację!
Rano, po śniadaniu podanym w ramach wykupionego wczoraj noclegu w „Penzio” (15 Euro od osoby), obeszliśmy miasteczko, które każdym swoim elementem architektury, wystroju, klimatem informuje, że jest węgierskim centrum wina. To stąd właśnie, przez górzystą Słowację ciągnęły beczki węgrzyna do Krakowa, Przemyśla, Zamościa i Lwowa, a nawet i do Warszawy i Wilna (...i komu to przeszkadzało?). Miasteczko urokliwe i w dobrym towarzystwie można tam spędzić świetnie czas, robiąc wypady po okolicy (są tam np. wspaniałe gorące źródła). Nas jednak ciągnęło dalej ... ... w Karpaty Przez Satu Mare, które jest północną „bramą” Rumunii, wjechaliśmy do kraju przedziwnego i całkowicie innego niż Węgry z ich tasiemcowymi i nie do wypowiedzenia nazwami miejscowości na drogowskazach. Z Satu jedziemy do Baia Mare, gdzie zatrzymujemy się, by wreszcie zakosztować tutejszej kuchni. Stylizowana na refektarz Templariuszy restauracja w średniowiecznej kamienicy, z kelnerkami jako tako „kumającymi” nasz angielski, oferuje nienajgorsze wino rumuńskie i dania „średniowieczne”. Templariusze zapewne byli obecni i w Baia Mare. Ówcześni rycerze zapewne trudnili się i rozbojem – czego pamięć sięga do czasów współczesnych w postaci powszechnego przekonania że w Rumunii jest niebezpiecznie... Zamawiamy stylizowane nazwami dania, jak sadzimy jednak „tutejsze”. Niestety pierwsza restauracja w Rumunii jest jrozczarowaniem. Niestety jest tak już do końca...
Mimo niewątpliwego bogactwa rumuńskiej kuchni, gdzie muszą krzyżować się smaki różnych kultur, w każdym zakładzie gastronomicznym jaki odwiedziliśmy w ciągu tych kilku dni, w różnych rejonach, przeżywaliśmy drżenie serca (żołądka?). Może tu? Może teraz? Niezmiennie jednak przeżywaliśmy rozczarowanie, za rozczarowaniem. To jedna z pozostałości czałszeskowego glajszachtowania społeczności i kultur, w jedną, nieistniejącą - rumuńską - oczywiście ludowo-socjalistyczną breję. I taka jest kuchnia serwowana przez rumuńską gastronomię. Jednak jest nadzieja w otwarciu się na świat i Europę. Na razie ta nadzieja przełamania mamałygowatego socjalizmu realizowana jest w sieci komunikacyjnej. Wszędzie widać inwestycyjne ożywienie związane z przystąpieniem do Unii. Podobno wszystkie walce drogowe z NRD są już w Rumunii...
Z Baia Mare jedziemy górzystą okolicą (coś jak nasze Beskidy, ale nieco wyżej- 900-1400m npm.) do Sigetu Marmatei. Bez trudu znajdujemy hotel „Corona” w samym centrum, który tak jak całe 50-tysięczne miasto czeka na lepsze czasy. Dwuosobowy pokój ze śniadaniem – to ok.25 Euro – my za 35 dostajemy „apartmą”, w którym wg mojego przyjaciela „...musiał nocować co najmniej raz towarzysz Causescu z małżonką...”. Wystrój apartamentu zdaje się to potwierdzać. Po przyjeździe natychmiast udajemy się do baru ur5ządzonego w bramie obok hotelu (miasto jest ciemne jak nasze miasta 20 lat temu). Degustujemy miejscowe piwa (niezłe) i brendy (wyborne – szczególnie najdroższe Brancovanu). Degustacja zakończyła się w pokoju hotelowym spożyciem (acz nie do końca !) zupełnie przyzwoitego brendy imitującego etykietą i butelką grecką Metaxę. Dopiero rano, przy śniadaniu, przez wielkie okno sali restauracyjnej widać, że to miasto targowe, czasy świetności przeżywać musiało za Frantza Josefa. Chociaż i dziś przemyt chyba mu służy. Tuż na północy Ukraina, za Tisą (Cisą). Na bazarach w okolicy mnóstwo towaru nie tylko z północy, ale i z bliższego i dalszego wschodu – z Rosji i z Chin. To tylko potwierdza fakt globalizacji. Trudno znaleźć miejscową produkcję – może tylko kapelusze, które tutaj wszyscy mają 2 numery za małe i noszą je na czubku głowy.
Rumuńskie pogranicze węgiersko-ukraińskie to Muramaresz. Nie doszukujcie się tu jednak jakichś „wpływów”. To zupełnie inny, „wsobny” kraj. Tamtejsza architektura, melanż religii i wierzeń, zwyczaje, ludzie są „muramareszowskie”. A najbardziej ich płoty i bramy do obejść. Specjalną atrakcją jest cmentarz w Sapanta, na zachód od Sighetu, za północnym skrajem pasma Pietri (1222m npm). Do Sapanta nie dojechaliśmy, wiedzeni dalej na wschód. Hania miała ją świeżo w pamięci z majowej wyprawy na pogranicze ukraińsko-rumuńskie.
Droga nr 18 idzie doliną rzeki o swojsko brzmiącej nazwie Viseu, która dalej z Cisą płynie poza Rumunię, ale także do Dunaju. Na tym paraleli językowych nie koniec. Podobno stąd, z tej części Karpat, pochodzą słowa wydawałoby się całkowicie „nasze” - bryndza, płot... To podobno stąd wędrowali pędząc stada owiec zasiedlający nasze Beskidy. Muramaresz to rumuńska kraina, która jest sama dla siebie wyznacznikiem i nie ma nic wspólnego ani z Huculszczyzną, ani z Węgrami, ani z wpływami polskimi czy ukraińskimi, ani z niemieckimi – mimo, ze wszystko to także tam znajdziecie. To kraina bez wątpienia rumuńska – na tyle rumuńska, na ile w ogóle takiego terminu można używać. Bo regiony Rumunii to nie regiony Polski. Wystarczy choćby pobieżnie przebiec po historii tego skrawka Europy. Tej „Trochęeuropy”... Dwa dni w podróży przez Muramaresz to stanowczo za krótko. Przydałby się drugi nocleg i trzeci dzień pobytu. Ale chcemy zobaczyć jeszcze w północnej Rumunii kolejną górską krainę... |
|||||||||||||||||||||||||||
| « poprzedni artykuł |
|---|

