| Nowa Lewica - Wojciech Garstka |
|
|
| 30.12.2007. | ||||||
|
Strona 1 z 2 Kwestia potrzeby „nowej lewicy” jest nudna, wydawałoby się wyeksploatowana i obrośnięta stereotypami terminologicznymi. Każdy zdolny student politologii poda zapewne którąś z definicji „nowej lewicy” i spozycjonuje ten nurt działalności publicznej na jakiejś tam mapie światowych i europejskich trendów politycznych. Nie chodzi mi tu jednak o to, aby się spierać o sens definicji sprawozdawczych. Trzeba raczej powrócić do najprostszego, dosłownego sensu tej nazwy i spróbować określić, co powinno stać się rzeczywiście „nową lewicą” w – miejmy nadzieję – nieodległej przyszłości. Nową – to znaczy dziedziczącą po starej tylko absolutnie niezbędne minimum – i to nie tylko w warstwie organizacyjnej, ale co do mentalności, postaw, zachowań, stylu politykowania, no i kadr. Nie wspomniałem o dziedziczeniu idei i programu – no bo czyż jest coś w tym zakresie, co warto dziedziczyć?! Dla zdefiniowania oczekiwań pod adresem „nowej lewicy” można zastosować starą, sokratejską metodę heurystyczną – czyli sformułować kilka sensownych pytań i postarać się na nie równie sensownie odpowiedzieć. Efekt zaś powinien być poddany szerszej dyskusji – i byłaby to uczciwa kontynuacja zastosowanej metody. Po pierwsze zatem spytajmy, czy istnieją aktualnie w Polsce znaczące partie i ruchy mające charakter lewicowy? Inaczej mówiąc – czy wedle mnie można jakimkolwiek z nich taki atrybut przyznać? Odpowiedź jest w gruncie rzeczy łatwa, choć zapewne przykra dla zainteresowanych: brzmi ona zdecydowanie NIE. Przede wszystkim – lewicową partią nie jest w żadnym wypadku SLD. Istnieją w jego łonie pewne różnice, mało zresztą klarowne i widoczne publicznie, poza utarczkami personalnymi, ale dominującym stylem politykowania jest konformistyczny socjal-liberalizm, z silnym akcentem na zaniechanie jakiejkolwiek głębszej refleksji ideologicznej. Widać to głównie w warstwie praktycznych działań liderów i ich wypowiedziach w sprawach gospodarczych i społecznych oraz w ich stosunku do klerykalizacji życia publicznego. Jest to konsekwentna kontynuacja „milleryzmu”, który jak widać pozostaje dominującym sposobem niemyślenia w tej grupie polityków. Niestety, nie ma żadnej różnicy pod tym względem pomiędzy SLD a LiD, włączając w to grupę osób zbliżoną do Aleksandra Kwaśniewskiego. W konkluzji musimy uznać, że to co publicznie uważa się za lewicę nie spełnia kryteriów pojęciowych niezbędnych do uznania takiego stanu rzeczy. Reszta folkloru mianującego się lewicowym, pozbawiona silnej organizacji i politycznego znaczenia, jest pomijalna, ponieważ jako plankton polityczny ani niczego nie stanowi, ani niczemu nie zagraża. Bywa przedmiotem drwin po własnej – przynajmniej pozornie – lewicowej stronie sceny politycznej. Kontynuując metodę pyań i odpowiedzi, zadajmy drugie pytanie: jak można ocenić lewicowo brzmiące hasła PiS? Mowa tu zwłaszcza o tych, formuowanych w poprzedniej kampanii wyborczej i stanowiące skuteczną przynętę dla elektoratu, zniesmaczonego kołodkowsko-belkowską polityką społeczno-gospodarczą? Najprostsza odpowiedź, że była to ponura kpina i bezczelne oszustwo, jest oczywiście prawdziwa, zwłaszcza w świetle faktów, o których przynajmniej dżentelmeni nie powinni dyskutować. Jest jednak i inny aspekt tego wyborczego kłamstwa: pozostał po nim cały zestaw haseł i przesłań, który warto wziąć pod uwagę przy konstruowaniu sensownego programu „nowej lewicy”, odsiewając tylko te, które są kompletnie ekonomicznie nierealne i czysto populistyczne. Czy można dziś stosować kryterium klasowości w ocenie ruchów i partii politycznych i zgodnie z takim kryterium zaliczać je do lewicy lub nie? To trzecie zasadnicze pytanie, jakie należałoby postawić w dyskusji. Nie tylko moim zdaniem kolejna odpowiedź brzmi – niestety NIE. Dlaczego nie? Bo wielkoprzemysłowa klasa robotnicza jest w istniejącym stadium rozwoju globalnego kapitalizmu klasą schyłkową, zdeprywowaną, zmarginalizowaną i wsteczną wobec obiektywnych tendencji rozwojowych tego systemu społeczno-ekonomicznego. Zmierza ona zresztą coraz szybciej do swej likwidacji, dzięki postępowi technologii i automatyzacji. Procesy globalizacji opóźniają ten proces i zaciemniają go, zwłaszcza przenosząc istnienie tej klasy do krajów o niskich kosztach siły roboczej, jednym z których bywa póki co jeszcze czasami Polska. W ten sposób konflikt klasowy nabiera charakteru konfliktu międzynarodowego, co jeszcze bardziej zaciemnia jego naturę dla najprostszego jego uczestnika. Dlaczego „niestety”? Bo powyższy, obiektywny stan rzeczy pozbawia nas możliwości wykorzystania podstawowego kryterium oceny ruchu politycznego, jakim jest jego klasowość. Bez tego kryterium wskazanie grupy społecznej, której interesów ma bronić „nowa lewica” jest trudne, przebiega w permanentnym kryzysie metodologicznym, wikła się w prostactwo i wpada w ślepe zaułki. I tu pojawia się czwarte, zasadnicze pytanie w politycznej dyskusji o współczesnej lewicowości: Kogo ma reprezentować i jakie interesy grupowe ma wyrażać „nowa lewica”? Otóż to jest właśnie problem! Skoro nie interesy „wielkoprzemysłowego proletariatu” – to czyje? Pojawiają się tu różne, mniej czy bardziej koniunkturalne i śmieszne próby identyfikacji owej grupy interesu: pokrzywdzeni, wykluczeni, ubodzy, ludzie pracy najemnej itd., itp. Szkoda mnożyć te określenia, bo bywają one zazwyczaj żenująco naiwne. Na przykład partia, której liderom zarzuca się coraz to nowe geszefty i przekręty nie może udawać, że broni biednych i innych pokrzywdzonych przez istniejący, ułomny kapitalizm. Zresztą - nie broni ich wcale, a jej niedawni liderzy odżegnują się od idei socjalistycznych tak, jakby brali oczyszczającą kąpiel. Ta sytuacja jest i tak lepsza niż takiej partii, z sąsiedniego kraju, której lider pracując na państwowej posadzie załatwił sobie wielki geszeft i stanowisko w uściskach z szefem obcego mocarstwa. Nazwiska reklamować dodatkowo chyba nie muszę… Czy zatem potrafimy odpowiedzieć na pytanie czyje interesy ma reprezentować „nowa lewica”? Propozycja brzmi z pozoru egzotycznie: interesy ludzkiego gatunku i jego szansy przeżycia na Ziemi w przyzwoitym dobrostanie. Wytłumaczę to dalej, mam nadzieję, że przekonująco. Piątym pytaniem, i to kluczowym dla obecnej sytuacji w Polsce, mającym zgoła nie akademicki charakter, a praktyczny raczej, jest pytanie: Skąd i jak może się wylęgnąć „nowa lewica”? Jeżeli przyjmuję, że „nowej lewicy” jeszcze nie ma, to znaczy, że gdzieś – z jakichś zalążków i środowisk wykluć się powinna. Uważam zatem, że wyłoni się ona się z ruchów uprawiających myślenie paralelne do ideologii globalizmu, ale z wyciągnięciem z tego samego punktu wyjścia zupełnie odmiennych wniosków niż entuzjaści imperialistycznej globalizacji. Przy tej okazji dodam, że prymitywny, populistyczny w gruncie rzeczy „antyglobalizm” jest błędem i głupotą, podobną do ruchu „niszczycieli maszyn” w początkach kapitalizmu. Stanowi on studyjny przykład reakcji kontestacyjno-stadnych i politykowania wiecowego, dobrego w okresie puberty, ale potem raczej stopniowo uleczalnego. Jest to ponadto przejaw tępego ignorowania faktów i obiektywnych procesów rozwojowych współczesnej cywilizacji. Jest też dowodem zaniku zdolności analitycznych i zgubnym skutkiem tego, że studiowanie metod Marksa przestało być podstawowym obowiązkiem dla adeptów wszelkich nauk społecznych. Globalizacja jest z wielu względów złem, ale z innych względów tworzy zarazem swoje przeciwieństwo w postaci szansy dla ogólnoświatowej społeczności. Globalizacja, niezależnie od swych wad, rodzi bowiem potrzebę myślenia w kategoriach ludzkości, człowieka jako gatunku, Ziemi jako ojczyzny ludzi, w kategoriach ogólnoludzkiej wspólnoty. A więc globalizacja podpowiada kilka zasad, które powinny być przyczynkiem do zredagowania katechizmu ”nowej lewicy”. 1. Rozumne poszanowanie środowiska naturalnego. Oznacza to bynajmniej nie kurczowe chronienie „naturalnej dzikości”, zapyziałości, „rezerwatowego” podejścia do natury, lecz wnikliwe kontrolowanie zmian cywilizacyjnych w taki sposób, aby negatywne skutki jakie przynoszą środowisku były przewidywalne, ograniczane, a w miarę możliwości likwidowane i nie zagroziły Ziemi i jej mieszkańcom. Wymaga to wielkiej wiedzy, spolegliwego współdziałania wielu instytucji i społeczności oraz etycznego podejścia do ekonomii i kapitalistycznej rywalizacji. Takie etyczne podejście powinna właśnie reprezentować, promować i narzucać „nowa lewica”. 2. Wyrównanie szans wszystkich ludów i narodów. Oznacza to przede wszystkim walkę przeciw nadmiernemu zróżnicowaniu i kontrastowi północ – południe. Oznacza to zarazem globalne wysiłki dla możliwie powszechnej ochrony zdrowia i życia wszystkich ludzi, a także w konsekwencji ochrony jego jakości. „Nowa lewica” w krajach dostatku powinna zatem wymóc rozsądne wyrzeczenia na rzeczy ubogich, nie na zasadzie sentymentalnej filantropii, ale jako korzystną inwestycję w swoją własną przyszłość. „Nowa lewica” ma ponadto szanse zadbać w szczególności o to, aby wygospodarowane fundusze nie były defraudowane, lub przeznaczane na wspomaganie egoistycznego biznesu we własnym kraju i w kraju beneficjenta.
Postulat sekularyzacji nie jest wynikiem jakiegoś antyreligijnego zacietrzewienia – wręcz przeciwnie, sprzyjałby powrotowi wiary i kultu na ich właściwe miejsce – czyli jako szkieletu prywatnego sumienia, wsparcia dla zagubionych i cierpiących, pomocy w animowaniu lokalnych wspólnot, zwłaszcza w ich wysiłkach wychowawczych itp. Oczywiście taka koncepcja jest dla większości silnych związków religijnych, w tym zwłaszcza dla Kościoła Katolickiego, absolutnie nie do przyjęcia, gdyż podważa jego autorytarne ambicje i pretensje do przywództwa w każdej dziedzinie życia publicznego. Niezwykle ważna jest też wspomniana sekularyzacja sfery polityki międzynarodowej. Trzeba wyrugować na przykład uzasadnianie religijne współczesnych „wypraw krzyżowych”, takich jak napad Busha na Irak, pozbawić ideologicznych uzasadnień obie strony walczące krwawo od lat w Irlandii Północnej, czy też wyrzynających się nawzajem dawnych współobywateli Jugosławii itp., itd. Przykłady strach mnożyć. 4. Zanegowanie wszelkich źródeł wykluczenia i odrzucenia, takich jak rasa, płeć, orientacja seksualna, ideologia, religia itp. Tutaj przede wszystkim chodzi o standardy prawne i jakość ich praktycznej realizacji – bo to oczywiście dwie różne sprawy, ale nie tylko o to. Oznacza to m.in. także potrzebę solidnej powszechnej edukacji, a nawet – można by rzec – „mentalnej konwersji” wielu grup i środowisk w różnych krajach. Proces tej edukacji musi być etapowy, bo zbyt wiele mamy jeszcze do zrobienia pod tym względem w starej Europie – a np. w przypadku Polski dokonać się to musi pod warunkiem bezwzględnej eliminacji z wpływu na to Giertycha i wszystkich po nim popłuczyn. 5. Obrona elementarnych praw ludzkich i obywatelskich. Oznacza to nie tylko formalne zadeklarowanie takich praw, bo jest to wykonane, lecz także wdrożenia mechanizmów ich skutecznego, powszechnego, sprawnego egzekwowania. Skutkiem tego powinna być także faktyczna ochrona godności człowieka – jego prawa do życia, pracy, nauki, wypoczynku, przyjęcia własnego odpowiadającego mu trybu życia – o ile nie przeszkadza to innymi, a wreszcie do decydowania o swym ciele i zdrowiu – w tym także do godnej i dobrej śmierci. [1] Powyższe minimum powinno wystarczyć dla uzasadnienia i podjęcia działań na rzecz obrony upośledzonych wskutek napięć ekonomicznych i społecznych, powodowanych przez aktualny, zróżnicowany stopień kapitalistycznego rozwoju. Innych uzasadnień już tu nie trzeba. 6. Interpretowanie skomplikowanej rzeczywistości ekonomicznej i politycznej i pomoc w rozumieniu świata. „Nowa lewica” musi powrócić do analizowania rzeczywistości społecznej w kategoriach marksowskich, rozwijając i aktualizując dawne źródłowe analizy zgodnie z metodologią ich autora. Jest przede wszystkim rzeczą wykluczoną, aby pod hasłami lewicy imać się jakichś zatęchłych, ideologicznie naznaczonych, bełkotliwych teoryjek w rodzaju „niewidzialnej ręki rynku”, czego nie oszczędzają nam ostatnio m.in. niektórzy prominenci SLD. Jest rzeczą równie wykluczoną, aby udawać, że analizy klasyka sprzed ponad stu lat są nadal aktualne i dostosowane do dzisiejszego stanu spraw. Zastój i biurokratyczne wtórniactwo w naukach społecznych z czasu „realnego socjalizmu” musi zostać zniesione. Potrzebny jest rozwój i wydaje się, że dobre jego przykłady można znaleźć nawet i w Polsce. To jest wielkie wyzwanie dla lewicowych intelektualistów i dla „nowej lewicy”, która powinna stać się animatorką i promotorką intelektualnej odnowy dialektycznej koncepcji rozwoju społecznego. Osobiście jestem przekonany, że SLD, a właściwie cały LiD oraz część PO i inne mniejsze ugrupowania ciążą w stronę partii, czy ruchu, o charakterze ewidentnie centrowo-liberalnym. Potrzeba istnienia takiego ruchu wydaje się oczywista, wobec istnienia czarnej sotni nacjonal-szowinistycznej, która liczyła otwarcie na swe wieloletnie rządy. Przy tej okazji trzeba podkreślić, że głębokie zróżnicowanie w ramach PO i PiS powinny logicznie rzecz biorąc doprowadzić do sklejenia ich kato-nacjonalistyczno-populistycznych fragmentów w całość i dołączenia do tego całej windy Marka Jurka oraz wszystkich wszechdziwaków z LPR. Jednak potrzeba istnienia „nowej lewicy” jest równie logiczna i oczywista. Nie powstanie ona jednak ani dziś, ani tak szybko, jak byśmy tego pragnęli. Wyłoni się ona zapewne z autentycznych, oddolnych ruchów społecznych – ekologicznych, feministycznych, pro-samorządowych, równościowych, walczących o prawa człowieka i obywatela i będzie krzepła w miarę samoorganizacji i wypleniania pozostałości apatii i atomizacji społecznej. Dlatego tak ważna dla niej jest właśnie edukacja. Oto więc zadanie dla promotorów „nowej lewicy”: nie wolno wam milczeć i izolować się. Powinniście uczyć ludzi dookoła tego, co dawny ruch socjalistyczny – współdziałania, a w tym spółdzielczości, organizowania się dla obrony swych interesów i wyrażania swych postaw i idei, upowszechniania swoich przemyśleń, obrony swoich wartości i odpowiedzialnej, rzetelnej samorządności. „Nowa lewica”, to zatem wielki ruch odbudowy społeczeństwa obywatelskiego wzniesionego na powrót z amorficznego, zdezorientowanego tłumu, który ledwie wypluty z socrealistycznej wyżymaczki - trafił do nacjonal-klerykalno-autorytarnego kotła, gdzie paru frustratów chce go przerobić na pulpę zdatną do dowolnego ugniatania i formowania. Kto podejmie się takiego dzieła, ten praktycznie spełni kryteria „nowej lewicy”. To ma szanse! [1] Powyższa lista jest dla mnie osobiście źródłem szczególnego sentymentu, bo natrętnie przypomina mi idee masońskie. Aż się prosi o przywołanie hasła wielkiej Rewolucji Francuskiej: Wolność – Równość – Braterstwo i wyciągnięcie trójkolorowej flagi…. No cóż, idee te przychodzi przypominać dziś z mieszaniną sympatii i zażenowania, bo z jednej strony obserwujemy efekt ich zastosowania, w postaci istnienia potężnego mocarstwa - Stanów Zjednoczonych Ameryki, a z drugiej mamy próby unicestwienia tego owocnego dziedzictwa ze strony klerykalno-prawicowej koterii Busha, której agendy próbują nawet zaniechać drukowania banknotu jednodolarowego, pełnego masońskiej symboliki. Dla koślawej być może paraleli warto na naszym podwórku zestawić świetną postać intelektualisty, myśliciela i prawego człowieka, a zarazem masona – jakim był Piotr Kuncewicz, z drugim, ponoć masonem – Bronisławem Wildsztajnem. Jeśli on nim rzeczywiście był – to czas umierać
|
||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|


Komentarz (11)
